Światowy Dzień Pamięci Ofiar Wypadków Drogowych - 17 listopada 2019r - Aktualności - Policja Mazowiecka

Aktualności

Światowy Dzień Pamięci Ofiar Wypadków Drogowych - 17 listopada 2019r

Data publikacji 15.11.2019

Został ustanowiony w 2005 roku przez Organizację Narodów Zjednoczonych i od tego czasu jest obchodzony w trzecią niedzielę listopada. Obchody tego dnia są wyrazem pamięci o wszystkich poszkodowanych na drogach oraz o ich rodzinach, które pozostawione w bólu, pośrednio również stają się ofiarami wypadków.

Przy każdej okazji apelujemy do użytkowników dróg o zachowanie rozwagi, o to aby wyruszali w podróż ze świadomością, że nie są sami na drodze, że to od nich zależy bezpieczeństwo zarówno ich samych jak też innych użytkowników dróg.

Niestety na drogach codziennie rozgrywają się czyjeś tragedie, osobiste dramaty. Polskie drogi zbierają co roku śmiertelne żniwo. Musimy pamiętać zarówno o tych, którzy zginęli, jak również o tych, którzy zostali. Niejednokrotnie przeżycie wypadku wiąże się z nieodwracalnym kalectwem, długim cierpieniem i bólem. Takie doświadczenia dotykają również sprawców tych tragedii, którzy stają się ofiarami swoich błędów.

Ten dzień jest po to aby uczcić pamięć ofiar wypadków, ale jest też po to aby pokazać nam, użytkownikom dróg, że nasze decyzje, które na co dzień podejmujemy na drodze mogą zmienić nasze, życie i życie innych, mogą także to życie odebrać.

W najbliższą niedzielę w wielu parafiach na terenie mazowieckiego garnizonu Policji, będzie odtwarzane słuchowisko, które powstało przy współpracy Wydziału Ruchu Drogowego KWP z s. w Radomiu oraz Radia Plus Radom. Jest to fragment książki Gayle Forman " Zostań jesli kochasz", przedstawiający scenę tragicznego wypadku drogowego.

Mamy nadzieję, że taka forma przekazu, zmusi słuchaczy do refleksji, a przez to przyczyni się do zmniejszenia liczby ofiar śmiertelnych na mazowieckich drogach.

WRD KWP zs. w Radomiu

 

Opis filmu: Opieram głowę o szybę i patrzę na kalejdoskopowy żywy obraz z ciemnozielonych jodeł przysypanych śniegiem, wiotkich pasm białej mgły i ciężkich, ołowianych burzowych chmur w górze. W samochodzie jest tak ciepło, że okna ciągle parują; rysuję na szybie zawijasy. Wiadomości się kończą i przełączamy na stację klasyczną. Słyszę pierwsze takty Sonaty wiolonczelowej nr 3 Beethovena - utworu, nad którym miałam pracować dzisiejszego popołudnia. Wygląda to na jakiś kosmiczny zbieg okoliczności. Koncentruję się na nutach, wyobrażając sobie, że gram, wdzięczna za okazję do ćwiczenia; szczęśliwa, że znajduję się w ciepłym samochodzie z moją sonatą i rodziną. Zamykam oczy.. Nikt by się nie spodziewał, że po czymś takim radio będzie dalej grać. A jednak.. Samochód został dosłownie unicestwiony. Uderzenie czterotonowej ciężarówki sunącej z prędkością stu kilometrów na godzinę, która wbiła się w nasz wóz od strony pasażera, miało impet bomby atomowej. Wyrwało drzwi, wyrzuciło przedni fotel auta przez okno po stronie kierowcy. Wydarło podwozie, które zatrzymało się do góry kołami w poprzek szosy, i rozdarło silnik na strzępy niczym pajęczynę. Koła i kołpaki odrzuciło głęboko w las. Zapaliło szczątki zbiornika na paliwo, tak że teraz maleńkie płomienie liżą wilgotny asfalt. Hałas był ogłuszający. Symfonia zgrzytów, chór trzasków, aria eksplozji i na koniec wątłe oklaski hartowanego metalu wbijającego się w miękkie pnie drzew. Potem zrobiło się cicho, nie licząc jednego: nadal rozbrzmiewającej Sonaty wiolonczelowej nr 3 Beethovena. Samochodowe radio jakimś cudem pozostało podłączone do akumulatora i transmisja trwa bez zakłóceń w znów niepozornie spokojny lutowy poranek. Początkowo sądzę, że wszystko jest okej. Przede wszystkim nadal słyszę Beethovena. Poza tym stoję w przydrożnym rowie. Spoglądam w dół - dżinsowa spódnica, kardigan i czarne buty, które włożyłam rano, wyglądają tak samo jak wtedy, kiedy wychodziłam z domu. Wspinam się na nasyp, żeby lepiej widzieć samochód. To już nawet nie samochód. To metalowy szkielet bez foteli, bez pasażerów. Czyli członkowie mojej rodziny musieli zostać z niego wyrzuceni podobnie jak ja. Otrzepuję dłonie o spódnicę i wchodzę na szosę, żeby ich odszukać. Najpierw dostrzegam tatę. Nawet z odległości paru metrów widzę wybrzuszenie - fajkę w kieszeni marynarki. „Tato!" - wołam, ale kiedy się zbliżam, nawierzchnia drogi staje się śliska i pokryta szarymi grudkami podobnymi do kalafiora. Od razu wiem, co to jest, ale jakimś sposobem nie potrafię tego skojarzyć z moim ojcem. Przypominają mi się zasłyszane opowieści o tornadach i pożarach, które spustoszyły jeden dom, lecz sąsiedni pozostawiły nietknięty. Fragmenty mózgu mojego ojca leżą na asfalcie. Ale fajka pozostała w lewej górnej kieszeni marynarki. Potem znajduję mamę. Na jej ciele prawie nie widać śladów krwi, lecz wargi zdążyły już zsinieć, a białka oczu są całkowicie czerwone, jak u upiora z niskobudżetowego horroru. Wydaje się kompletnie nierzeczywista. Dopiero obraz mamy wyglądającej jak zombie sprawia, że ogarnia mnie fala przerażenia. „Muszę znaleźć Teddy'ego. Gdzie on jest?". Obracam się spanikowana jak wtedy, kiedy na dziesięć minut straciłam go z oczu w sklepie spożywczym. Byłam pewna, że został porwany. Oczywiście zaraz się okazało, że zwiedzał alejkę ze słodyczami. Kiedy go znalazłam, nie wiedziałam, czy go przytulić, czy skrzyczeć. Biegnę z powrotem w stronę rowu, z którego się wygramoliłam, i widzę wystającą dłoń. „Teddy! Tu jestem! - wołam. - Podaj rękę. Wyciągnę cię!". Kiedy jednak się zbliżam, zauważam metaliczne lśnienie srebrnej bransoletki z maleńką wiolonczelą i gitarą. Dostałam ją od Adama na siedemnaste urodziny. To MOJA bransoletka. Założyłam ją dzisiaj rano. Patrzę na swój nadgarstek. Mam ją NADAL. Ostrożnie przysuwam się bliżej i już wiem, że to nie Teddy tam leży. To ja. Krew z klatki piersiowej przesiąka przez koszulę, spódnicę i sweter, niczym farba zbiera się w kałużę na nieskalanym śniegu. Jedną nogę mam wykrzywioną, zdarta skóra i mięśnie odsłoniły białe smugi kości. Oczy są zamknięte, ciemnobrązowe włosy mokre i rude od krwi. Odwracam się. To nie w porządku, to się nie może dziać naprawdę! Jesteśmy rodziną udającą się na przejażdżkę. To nie jest rzeczywiste. Musiałam zasnąć w samochodzie. „Nie! Dość. Proszę, dość. Proszę, obudź się!" - mój krzyk przecina lodowate powietrze. Jest zimno, mój oddech powinien parować. Nie paruje. Patrzę na nadgarstek - ten, który wygląda jak zawsze, bez śladu krwi - i szczypię się ze wszystkich sił. Nic nie czuję. Miewałam wcześniej koszmary - że spadam; że gram recital wiolonczelowy, nie znając nut; że zrywam z Adamem... Zawsze jednak potrafiłam się zmusić, by otworzyć oczy, unieść głowę z poduszki, zatrzymać film grozy rozgrywający się pod zamkniętymi powiekami. Próbuję znowu. „Zbudź się! - krzyczę. - Zbudź się! Zbudź się zbudź się zbudź się!". Ale nie potrafię. Nie budzę się. I wtedy coś słyszę. To muzyka. Nadal słyszę muzykę. Więc na tym się koncentruję. Palcuję nuty Sonaty wiolonczelowej nr 3 Beethovena, jak często robię, kiedy słucham fragmentów, nad którymi właśnie pracuję. Adam nazywa to „niewidzialną wiolonczelą". Ciągle mnie pyta, czy któregoś dnia moglibyśmy zagrać w duecie, on na niewidzialnej gitarze, ja na wiolonczeli. „A kiedy skończymy, możemy połamać nasze niewidzialne instrumenty jak muzycy rockowi na scenie - żartuje. - Wiesz dobrze, że miałabyś ochotę". Gram, skoncentrowana bez reszty, aż zamiera ostatnie drgnienie życia w samochodzie, a wraz z nim muzyka. Wkrótce potem rozlegają się syreny. Czy ja umarłam?". Naprawdę muszę sobie zadać to pytanie. „Czy ja umarłam?". Fragment książki: GAYLE FORMAN „ Zostań jeśli kochasz"

Powrót na górę strony